Psychoterapia nie jest sądem nad rodzicami [wywiad VOGUE.pl]
W tym wywiadzie dla VOGUE Polska rozmawiam z Justyną Dąbrowską o jednym z najczęstszych nieporozumień wokół psychoterapii - przekonaniu, że jej celem jest rozliczanie rodziców. Gdzie przebiega granica między zrozumieniem własnej historii a przerzucaniem winy? Dlaczego separacja od rodziców bywa dla dorosłych tak trudnym procesem?
Psychoterapia nie jest sądem nad rodzicami. Dlaczego więc często bywa tak odbierana?
Czego szukają milenialsi na terapii? Pokolenie 30- i 40-latków coraz śmielej mówi o swoich emocjach, granicach i dzieciństwie. Ich rodzice często słyszą w tym oskarżenie, choć intencją jest zrozumienie, a nie rozliczanie. Jak rozmawiać, by różnica języków nie zamieniła się w konflikt pokoleń? Odpowiada Justyna Dąbrowska, psycholożka, psychoterapeutka i autorka książek.
Dawid Krawczyk: Ile prawdy jest w stwierdzeniu, że klienci w trakcie psychoterapii zajmują się głównie obwinianiem rodziców za swoje problemy?
Justyna Dąbrowska: W psychoterapii nie zajmujemy się obwinianiem, w ogóle „wina” nie jest obszarem, nad którym można pracować. Prędzej „poczucie winy” ale to przecież inny temat. Zajmujemy się rozumieniem przyczyn psychicznego cierpienia, odzyskiwaniem poczucia sprawczości, definiowaniem osobistej odpowiedzialności również za relacje, czyli myśleniem o tym, co w moim życiu zależy ode mnie a co ode mnie nie zależy. Psychoterapia nie poluje na winnych.
Ale z drugiej strony jednak rodzicom poświęca się sporo czasu w czasie terapii, prawda?
Nic dziwnego, że rodzice są częstym tematem tych rozmów, bo to głównie od nich uczymy się świata relacji. Pracuję w podejściu psychodynamicznym – choć po trzydziestu latach pracy naturalnie czerpię też z innych nurtów – i jestem przekonana o słuszności teorii przywiązania, która mówi, że to w dzieciństwie, zwykle w kontakcie z rodzicami, uczymy się, czy świat jest przyjazny, czy raczej zagrażający, czy możemy ufać innym ludziom.
Jeśli nasi opiekunowie są dostępni emocjonalnie, reagują w miarę adekwatnie i starają się rozumieć co się dzieje, dziecko uczy się, że jego emocje mają znaczenie. W psychologii mówimy o wadze rodzicielskiej responsywności – czyli o zdolności do reagowania na potrzeby dziecka. Jak mówi profesor Andrzej Leder: człowiek jest istotą, która potrzebuje odpowiedzi.
A jeśli tych odpowiedzi brakuje?
Wówczas dziecko może poczuć się opuszczone, zapomniane, niewidziane. Może też być inaczej. Dziecko doświadcza nie tyle braku, co nadmiaru – kiedy tych odpowiedzi jest „zbyt wiele” – za dużo bodźców, chaos emocji czy wręcz przemoc. Wtedy może czuć odrzucenie, inwazję, w efekcie - potrzebę „schowania się” w swoim wnętrzu czy zdysocjowania.
Zaznaczę tylko, że nie działa tutaj twardy determinizm – że np. skoro rodzic był wycofany to dziecko, kiedy dorośnie będzie na pewno miało poczucie krzywdy. To tak nie działa. W dorosłości będzie miało znaczenie, czy ten rodzic wycofał się z relacji, bo chorował na depresję czy może dlatego, że nie chciał nigdy mieć dzieci czy dlatego, że w domu była jeszcze trójka małych dzieci i nie można było związać końca z końcem. W dorosłości, w trakcie terapii, wracamy do tych doświadczeń, żeby lepiej zrozumieć nasze reakcje i konteksty, a nie po to, by kogokolwiek oskarżać.
Nie zapominajmy też o tym, że kiedy ktoś przychodzi na terapię i opowiada o swoich rodzicach, to mówi tak naprawdę o swoim świecie wewnętrznym – o tym, jak przeżywa relację z matką czy ojcem, a nie o prawdziwej matce i prawdziwym ojcu. Nie mamy dostępu do obiektywnej wiedzy o tym, co rzeczywiście się działo. Wiemy tylko to co nam opowiada pacjent o swoim subiektywnym przeżyciu i tym się zajmujemy.
…