Dzień z Julią Szeremetą, polską wicemistrzynią olimpijską [reportaż Gazeta Wyborcza]

W Zakopanem spędziłem dzień z Julią Szeremetą i jej sztabem, próbując zrozumieć, co stoi za jej błyskawiczną drogą na olimpijskie szczyty. Zależało mi na pokazaniu prawdziwego portretu młodej sportsmenki” zawodniczki o specyficznym, ryzykownym stylu, ale też młodej osoby wciągniętej w narracje, nad którymi nie ma pełnej kontroli. Tekst o tym, jak sportsmenka z dnia na dzień staje się bohaterką zbiorowych emocji, a jednocześnie nadal ma przed sobą zwykły plan: trening, kolejne starty i pracę dla sponsorów.

Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl

"Tylko jego nauczyłam się słuchać. Znalazł na mnie sposób". W Zakopanem spędziłem dzień z Julią Szeremetą

Srebrna medalistka Pucharu Świata w Rio: - W boksie codziennie spotykamy zawodniczki, przy których można się zastanawiać, czy to chłopak, czy dziewczyna. Ja wychodzę, robię swoje i walczę.

„Tryb leniuszek" i imprezowanie w klubach. Taka była Julia Szeremeta, zanim trener zagroził, że wyrzuci ją z kadry.

Dziś jest wicemistrzynią olimpijską w boksie. Jej finałowa walka w Paryżu z Lin Yu-ting była czymś więcej niż tylko pojedynkiem o złoto – bo ideologiczną bitwą o płeć w sporcie. Prawicowi komentatorzy wspierani przez rosyjskie trolle rzucili się udowadniać, że Tajwanka miała niezasłużoną przewagę za sprawą męskich cech.

Obie strony wojny kulturowej zaszufladkowały Julię już ostatecznie, kiedy w blasku nagłej sławy chełmianki postanowił ogrzać się Sławomir Mentzen i pochwalił, że 21-latka startowała z list Konfederacji w wyborach samorządowych.

Sama zainteresowana deklaruje jednak, że polityka jej nie interesuje, w wybory została wmanewrowana, a jedyna rywalizacja, jaka ją interesuje, to ta w bokserskim ringu.

Dołączyliśmy do szeregowej Szeremety – bo Julia jest żołnierką, służy w Centralnym Wojskowym Zespole Sportowym - na zgrupowaniu w Tatrach, żeby przekonać się, jaka jest naprawdę pięściarka, nad którą trudno zapanować.

Szeremeta, następczyni Adama Małysza i siatkarzy

Julia ma trzy lata. Ojciec podnosi ją i pierwszy raz sadza na grzbiecie konia. Jest rok 2006. Polacy emocjonują się awansem na piłkarski mundial. Kilka miesięcy później rwą włosy z głowy przy kolejnych przegranych meczach Biało-Czerwonych.

Ciągle trzymają też kciuki za Adama Małysza, który jest co prawda już za szczytem kariery, ale wciąż udaje mu się zajmować w lotach narciarskich drugą pozycję na świecie. Oraz za siatkarzy, którzy ulegają w finale mistrzostw świata jedynie Brazylijczykom – na Okęciu lądują ze srebrnymi krążkami na szyjach.

Osiemnaście lat później takie same - jeśli nie większe - emocje wzbudza Julia na igrzyskach w Paryżu. Tylko że nie skacze konno przez przeszkody, choć krajobraz dzieciństwa popychał ją ku hippice, ale bije się w bokserskim ringu. Jej rodzice, podobnie jak kilka milionów Polaków, przeżywają każdy cios, który 21-letnia Julia zadaje i przyjmuje w finałowej walce.

Bieniów leży kilkanaście kilometrów na zachód od Chełma, kawałek dalej zaczyna się już Ukraina. Lublin jest godzinę drogi na zachód. Po horyzont pola, trochę lasów, stare chałupy na zmianę z nowszymi, ocieplonymi domami. W niewielkiej wiosce mieszka około 50 osób – oraz kilkanaście koni.

– Mieliśmy stajnię. Bawiliśmy się z bratem, dużo się wygłupialiśmy. Tyle pamiętam z dzieciństwa. Ale tak naprawdę, jak już zaczęłam się uczyć, to po szkole zaraz jechałam na trening. Nie spędzałam w domu dużo czasu – wspomina srebrna medalistka z Paryża. Podobno nie było łatwo nad nią zapanować. Nie mogła wysiedzieć przy stole, bo ciągle szukała wrażeń – pędząc konno albo bawiąc się z domowym pupilem, prawie dwumetrowym pytonem królewskim.

Siedzimy na ringu w sali Centralnego Ośrodka Sportu w Zakopanem. Bokserka przygotowuje się do startu w Pucharze Świata w Rio, po drodze zaliczy jeszcze turniej w węgierskim Debreczynie. Z Brazylii wróci ze srebrem, z Węgier ze złotem.

Najpierw była jazda konno. „Lubię ryzyko i adrenalinę"

Trudno wyobrazić sobie krajobraz bardziej kontrastujący z rodzinnym Bieniowem niż ten, który widzimy za oknem w zakopiańskim ośrodku przygotowań olimpijskich. Jesteśmy tuż pod masywem Giewontu, na szczycie, wysoko nad naszymi głowami, wciąż leży śnieg.

Przeczytaj całość na wyborcza.pl

Reportaż ukazał się na okładce Magazynu na Majówkę Gazety Wyborczej

Jej ciosy ranią teraz bardziej

Previous
Previous

Wojna w Ukrainie. W centrum rehabilitacji w Borach Tucholskich leczą się żołnierze z Donbasu [reportaż Gazeta Wyborcza]

Next
Next

Po co mi dziecko? [reportaż Gazeta Wyborcza]