Wojna w Ukrainie. W centrum rehabilitacji w Borach Tucholskich leczą się żołnierze z Donbasu [reportaż Gazeta Wyborcza]

Spędziłem kilka dni z ukraińskimi weteranami w Borach Tucholskich, w ośrodku rehabilitacyjnym, w którym dochodzą do siebie po ranach odniesionych na wojnie. Rozmawiałem z nimi podczas ćwiczeń, przy posiłkach i wieczorem, kiedy relaksują się przy tenisie stołowym. Ten tekst dla Gazety Wyborczej powstał z rozmów o bólu, ograniczeniach ciała, decyzjach o powrocie na front i próbach odnalezienia się poza nim.

Centrum Rehabilitacyjno - Rekreacyjne Dobry Brat w Osieku (Fot. Martyna Niećko / Agencja Wyborcza.pl)

Wiara jest ważna. Bo jeśli trzy metry obok wybucha rakieta, a ty żyjesz, to jak to wyjaśnić?

Od początku wojny przez centrum rehabilitacyjne Dobry Brat w Osieku w Borach Tucholskich przeszło już pięciuset rannych Ukraińców.

– Snajper ranny! – głośny krzyk żołnierza przebił się między wybuchami i wystrzałami.

– Noga! Na dole! Chyba przebita na wylot! Drugi odłamek w pośladek. Trzeci w biodro – wyrzucił z siebie Włodek, kiedy zobaczył nad sobą twarz kolegi z oddziału. Pamięta, że zaatakował ich rosyjski czołg. I jeszcze uderzenie kolejnego pocisku. Wtedy stracił przytomność. Ocknął się, kiedy przenosili go do wozu, którym miał zostać ewakuowany.

– Leżałem tam na golasa, to znaczy w kurtce i spodniach, ale bez broni, amunicji i niczego, czym mógłbym się osłonić. Słyszałem, że pociski artylerii spadają coraz bliżej. Wtedy myślałem, że to koniec.

Włodek, 30-letni snajper, opowiada mi to na kanapie przy recepcji centrum rehabilitacyjno-rekreacyjnego „Dobry Brat” w Osieku, między Stargardem Gdańskim a Grudziądzem. Ukraińscy żołnierze naprawiają poranione ciała.

Za szybą światła latarni odbijają się od tafli Jeziora Kałębie. Radyjko gra świąteczne szlagiery i wespół z bombkami nad recepcją przypomina, że zbliża się Boże Narodzenie.

Od dwóch tygodni poranki Włodka są podobne. Budzi się po siódmej, ubiera klapki, spodenki i koszulkę moro. Schodzi do sali z drabinkami i sprzętem do ćwiczeń, gdzie czekają na niego fizjoterapeuci. Pracują głównie nad jego kolanem i bolesnym napięciem mięśni, zwłaszcza w okolicach szyi i kręgosłupa.

Włodek był ranny kilkukrotnie, ale nie tylko odłamki po ataku artyleryjskim czy ostrzale czołgowym zostawiły ślady na jego ciele.

– Zobacz, ten mięsień jest ciągle napięty. Podobnie szyja, plecy, brzuch – mówi i stuka palcem wskazującym o swoje udo. – Ludzie często myślą, że weteran po wojnie ma problem ze zdrowiem, bo został ranny. Pewnie, że masa ludzi została ranna, większość dostała odłamkiem, inni zostali postrzeleni, chociaż rany po kulach to rzadkość. Na wojnie tracisz zdrowie, bo dzień w dzień biegasz, skaczesz, kucasz z ogromnym obciążeniem – tłumaczy Włodek.

Kamizelka kuloodporna: 16 kg. Karabin: 5 kg. Naboje: 1000 sztuk po 20 gramów każdy, czyli 20 kg. – Z tego już się uzbiera ponad 40 kg, a dodaj do tego hełm, apteczki, granaty, to spokojnie dobijemy do 60 kg – wylicza z pamięci. W ten sposób tłumaczy bolesne napięcie mięśni. Ból nie odpuszcza nawet we śnie. – Zajęło mi jakiś rok, żeby przyzwyczaić psychikę do tego, czym naprawdę jest wojna, ciało trudniej przyzwyczaić – mówi spokojnym tonem.

– W pracy z weteranami dużo czasu poświęcamy terapii wyciszającej, ponieważ ich organizm jest nieustannie nastawiony na wykrywanie zagrożeń – mówi Łukasz Sciepurka, fizjoterapeuta, który zajmuje się ciałami żołnierzy od 2014 roku.

Z pozoru rozmasowanie mięśni żołnierza nie różni się zbyt wiele od masażu seniora po urazie, ale to tylko pozory. – Dla przeciętnego człowieka, który odczuwa ból po 12 godzinach pracy przy biurku, ucisk nie jest bodźcem zagrażającym. Natomiast u żołnierzy nawet niewielkie ukłucie czy napięcie mięśni wywołuje natychmiastową reakcję obronną. Włącza się reakcja uciekaj albo walcz – mówi fizjoterapeuta i wraca do pracy nad nogą Włodka.

Przeczytaj całość na wyborcza.pl

Wołodymyr w Centrum Rehabilitacyjno - Rekreacyjnym Dobry Brat w Osieku Fot. Martyna Niećko / Agencja Wyborcza.pl

Next
Next

Dzień z Julią Szeremetą, polską wicemistrzynią olimpijską [reportaż Gazeta Wyborcza]